Bikemaraton Świeradów Zdrój

2014-10-09, 07:50

Świradów 1
Świeradów 2

Finał Bikemaratonu tradycyjnie już odbył się w Świeradowie Zdroju. Dawno nie byliśmy w tych okolicach, ale w pamięci miałem raczej prostą trasę bez żadnych smaczków.

W tym roku organizator na poprzednich edycjach starał się podnosić poziom techniczny tras, więc miałem nadzieje, że będzie tak i w tym przypadku. Trasa poprowadzona głównie utwardzonymi nawierzchniami ma ta zaletę, że niepewna pogoda w październiku raczej nie będzie miała wpływu na przejezdność trasy.
W związku z długim dojazdem wyruszyliśmy jeszcze przed świtem, ale mała obsuwa czasowa spowodowała, że na miejscu byliśmy prawie na styk i o rozgrzewce mogliśmy zapomnieć.
Na szczęście pogoda okazała się łaskawa i po opadnięciu mgły zaświeciło piękne słoneczko. Co prawda w powietrzu można było już wyczuć jesienny chłód , ale można było spokojnie śmignąć "na krótko".
W związku z małą ilością czasu udaliśmy się szybko na start, gdzie czekało już paruset zawodników. Do samego sektora nie udało nam się już zmieścić i musieliśmy startować zza bramki.
Brak rozgrzewki i prawie 4 godziny w samochodzie sprawiły, że nogi nie chciały się kręcić na początku, a tętno rosło tylko powoli. Długi asfaltowy podjazd pozwolił się rozciągnąć grupie, ale jak się okazuje nawet na asfaltowym podjeździe można zaliczyć glebe! Na szczęście ta wywrotka była za mną i mnie nikt nie zahaczył.
Kolejne kilometry to szerokie ubite szutry i asfalty. Nogi powoli się rozkręciły i przesuwałem się do przodu. Trasa była dość wymagająca kondycyjnie bo nawet na zjazdach trzeba było cały czas dokręcać i najlepiej jechać na przodzie bo na trasie było wiele kamieni i dziur tylko czekających na przebicie opony. W międzyczasie dogoniłem kolegę z drużyny i od tego momentu jechaliśmy razem.
Trochę ciekawszy zjazd był dopiero przed drugim bufetem. Można było na nim zaszaleć bo była i prędkość i jakieś tam umiejętności zjeżdżania też się przydawały.
Na bufecie zatrzymałem się na kilka sekund i w tym miejscu wyprzedziło mnie kilka osób. Zaraz za bufetem był dość stromy podjazd po kamieniach i liczyłem że zaraz za podjazdem odrobię straty. Na podjeździe wyprzedziłem parę osób, ale niestety zaraz za podjazdem był dość techniczny i wąski zjazd, który prawie uniemożliwiał wyprzedzanie w związku z tymz z odrabianiem strat nie było tak różowo jak bym chciał.
Kolejne kilometry to znowu szeroki i długi podjazd po szutrze i kamieniach. Kiedy w końcu wjechaliśmy na szczyt rzuciliśmy się na szybki zjazd po ubitych, ale dość ostrych kamieniach. Niestety na samym początku usłyszałem charakterystyczne syczenie i po kilkunastu metrach już czułem pływającą oponę. Po zatrzymaniu się zobaczyłem rozcięcie około 5mm dokładnie na środku opony i wiedziałem, że bez dętki się nie obejdzie.
Wcześniej na trasie pomyślałem, że w tym roku odbyło się bez defektów no i musiało się to zemścić ;) Sama wymiana poszła dość sprawnie, ale 16g nabój nie wystarczył do nabicia odpowiedniego ciśnienia i musiałem się wspomóc pompką. W trakcie pompowania tylko mogłem przyglądać się wyprzedzającym mnie zawodnikom. Po założeniu koła szybko wskoczyłem na bika, starając się jak najszybciej wejść na wyścigowe tempo. Niestety po kilkuset metrach, prawdopodobnie w wyniku dekoncentracji, w trakcie nawrotki na drewnianym mostku w jednym momencie poczułem, że wykonałem nawrót o 180 stopni i prawą nogą szoruje po kamieniach. Pierwsza myśl to, że miałem kolejny defekt i opona zeszła z obręczy, ale okazało się, że wszystko jest w porządku. Najprawdopodobniej wyższe ciśnienie na dętce niż normalnie jeżdżę skutkowało obniżoną przyczepnością i w efekcie efektownym driftem. Po sprawdzeniu czy nie ma większych strat na ciele i rowerze pozbierałem się i dalej jazda w dół.
Ten zjazd trochę trwał i okazało się w międzyczasie, że przerzutka musiała się trochę skrzywić bo nie działała idealnie. Do mety było jeszcze kilka kilometrów, które już jakoś specjalnie mi się nie jechało, ale udało mi się dogonić parę osób. Przed samą metą czekał w miarę techniczny zjazd po kamieniach i korzeniach z kilkoma nawrotami. Normalnie lubię takie perełki, ale brak koncentracji i obawa o dętkę w tylnym kole nie pozwoliły się cieszyć "agrafkami". Od tego miejsca do mety obyło się już bez niespodzianek i w ten sposób zakończyłem ściganie w maratonach w tym roku.
Na mecie odczuwałem duży niedosyt, gdyż były szanse na przyzwoity wynik na zakończenie sezonu. Niestety defekty się zdarzają i cieszę się, że w tym roku zdarzył się tylko jeden :)
powrót

KOLARSTWO SZOSOWE I GÓRSKIE

2012-2019 © LK UKS Pszczyna. Wszelkie prawa zastrzeżone.